Strefa komfortu (czyli jak usłyszałem od nie powiem kogo trochę „kołczingowego pierdzielenia”)

Można to nazywać na wiele sposobów.
Czasem to miejsce w którym czujemy się dobrze, bezpiecznie, a wszystko jest jakieś takie przewidywalne. Czasem to miejsce w którym po prostu czujemy się mniej źle.
Ale zawsze miejsce którego nie chciało by się opuszczać

Wyobraźcie sobie taką idealne refugium:
Wyobraźcie sobie swoje ulubione miejsce.  Że wszystko jest znane, stałe i bezpieczne.  A najlepiej do tego że  ktoś za was sprząta, pierze, jeść daje.

Fajnie, prawda?

A ja chcę was zachęcić do opuszczania tej miłej strefy.
Do wystawiania się na Nowe – a wiadomo, nowe to czasem groźne, a czasem nieprzyjemne. Do wystawienia się na to co już znane, ale nie koniecznie przyjemne. Do trenowania. W tym – zwłaszcza – trenowania tego co sprawia trudność.

Dlaczego?

A więc po kolei.

  1. Przetestowanie czegoś nowego może pozwolić wam poznać coś przyjemnego, o czym wcześniej nie mieliście pojęcia. To na prawdę bywa fajne
  2. To powyższe dotyczy też ludzi. Czasem trafiają się fajni 😉 Serio
  3. I chyba najważniejsze: świat jako taki to nie jest przyjemne, przewidywalne ani bezpieczne miejsce.
    Jeśli nauczycie się pewnych technik w kontrolowanych warunkach, w przypadku nieprzyjemnego przypadku nie zostaniecie rzuceni „na głęboką wodę” bez przygotowania.
    Co za tym idzie: w brew pozorom, wystawiając się na drobne nieprzyjemności na swoich warunkach – uczynicie swoje życie bezpieczniejszym. I przyjemniejszym.
    A jeśli – tak jak mi – przytrafiają wam się stany lękowe, macie fobie itd – i nad tym daje się zapanować, albo choć ograniczyć.

Dwa pierwsze – to chyba rozumie się samo przez się.

Gdybym w pewnym momencie się nie przełamał – nie znał bym smaku sushi (które dziś uwielbiam), nie poznał bym meksykańskiej kuchni ulicznej, zapewne nigdy bym nie podróżował. Nie poznał bym też masy fajnych ludzi. Nie skończył bym studiów. Pewnie nawet zdjęć bym nie robił – albo robił je tylko w domu. I wiele – wiele innych przykładów mógł bym tu podać.

Punkt trzeci – to zarówno umiejętności podstawowe: jak zrobić sobie jakąś (opcjonalnie smaczną) paszę, jak się ubrać, jak się oprać, jak posprzątać zanim wszystko zarośnie syfem. Jak gospodarować kasą. Jak załatwić sprawy w sklepie, w urzędzie… jak poradzić sobie na drodze? A co z tłumami?

Ale nie tylko o powyższe chodzi.
A co jeśli wydarzy się coś nieprzewidzianego? Na przykład: jeśli się spóźnię? jeśli pociąg na który czekam nie przyjedzie? co jeśli wysiądzie prąd? Nie będzie wody – parę godzin,  dzień, dwa? Co jeśli – tfu odpukać – ktoś bliski zachoruje?? Ktoś będzie potrzebować pomocy?

Jeśli myślicie że całe życie uda wam się przetrwać w takiej cudownej Strefie Komfortu – to albo się totalnie oszukujecie, albo liczycie na szczęście większe niż te wymagające wygrywania przez okrągły rok w każdym losowaniu 6tki w Lotto.

Niestety. Taka jest rzeczywistość. I niestety – jeśli nie zaczniecie trenować, to gdy na prawdę g_wno trafi w wiatrak – będzie wam o wiele-wiele ciężej niż wtedy gdy będziecie mieć jakieś przygotowanie, doświadczenie i plany.

 

Tak na moim przykładzie.

Mam ASD. Nie cierpię i obawiam się spotkań z ludźmi których nie znam. (Mam nawet kłopoty ze spotykaniem ludzi których znam). Nie cierpię tłumów. Nie cierpię wystąpień publicznych. Nie cierpię gdy mnie ktoś dotyka, a nawet gdy za blisko staje (a to za blisko to jakieś 2 metry!). Nie cierpię załatwiania jakichkolwiek spraw urzędowych, chodzenia do lekarza ze szczególnym uwzględnieniem dentysty.
A to „nie cierpię” nie oznacza że nie lubię – to znaczy że to wywołuje ogromny stres, a może wywołać shutdown, meltdown, czy atak paniki.
Nie lubię obcego jedzenia, obcych miejsc do spania, obcych ulic. Obawiam się samochodów i ogólnie ruchu drogowego.
Nie odbieram „informacji pozawerbalnych” i części kodów społecznych (a z pozostałą częścią też mam kłopoty)
Mam masę nadwrażliwości, stimów, dziwactw, przyzwyczajeń z których na prawdę ciężko mi zrezygnować. Mam też fobie. I to nie jedną. I to nie słabą.

Mógł bym tak długo wymieniać.

A mimo to masa ludzi potwierdzi że sobie (jakoś) radzę, że jestem raczej wygadany (w każdym razie ludzie tak twierdzą i nie mnie to oceniać), potrafię o siebie zadbać (w tym całkiem nieźle gotować), potrafię prowadzić samochód, załatwić sprawy w urzędzie czy u lekarza.  Prowadziłem wykłady.
Podróżuję, próbuję nowych rzeczy, robię zdjęcia (i bywam na wystawach).
Ba, ostatnio nawet zdarza mi się pomagać ludziom – choć jeszcze niedawno sobie tego nie wyobrażałem (żeby zjeb ludziom pomagał? no niemożliwe)

Myślicie że mimo ASD te umiejętności mam z urodzenia? A może znalazłem je pod kamieniem?

Nie moi drodzy! To trening. Wyuczenie. Umiejętności zdobyte – częściowo samodzielne, częściowo uzyskane dzięki paru pomocnym osobom. Ich zdobycie wymagało ode mnie masy pracy, i na prawdę często nie było przyjemne. Zwłaszcza na samym początku

I do tego właśnie chcę was zachęcić. Do badania nowego, do trenowania tego co sprawia kłopoty. Na prawdę warto 🙂  To daje niezależność. I ogromną satysfakcję!

Nie chcę robić Ściany Textu – więc na razie to tyle.
Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi, bo już jestem w trakcie jego pisania 🙂

Stay tuned 🙂

A w ramach rozluźnienia nastroju: kacuszki. Z dzisiaj. Fotografowane w totalnym deszczu.
A swoją drogą: zdecydowanie nie lubię moknąć, a deszcz pukający po włosach to już na prawdę… brrrrr

🐱

 

Reklamy

One thought on “Strefa komfortu (czyli jak usłyszałem od nie powiem kogo trochę „kołczingowego pierdzielenia”)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s